niedziela, 24 stycznia 2010

mam słabość do tych, których nigdy nie widziałam, idealizuję, a potem nigdy ich nie poznaję albo oni sami łamią moje boskie wyobrażenie. był jedyny, o którym nie wiedziałam, co myśleć, śledząc w głowie każdą informację podaną mi względnie lub bezwzględnie, każdego dnia zmieniając obraz w mojej głowie, zupełnie niespodziewanie, nienormalnie. słabość do tych którzy udają (bardzo dobrze swoją drogą), że rozumieją kobiety, tych co domniemanie wkradają się w to co zawsze chciałam od mężczyzny usłyszeć. do tych wszystkich oczytanych, osłuchanych, nieprzeintelektualizowanych nieartystów idealizujących moje ukochane filmy, zwracających uwagę na szczegóły, których przeciętnemu nie przyszłoby do głowy zauważyć. był jedyny zupełnie różny od tego wszystkiego, a jednak potem taki sam, tylko nie wiedział, nie napawał się sam sobą i innych, wyszło samo, wyskoczyło gdzieś z rękawa. z każdą obraną pomarańczą, tą którą ja obierałam dla niego, a on dla mnie w tej samej minucie, wychodziło na jaw, nie grał. nieudane żarty obalone słowami słuchanymi gdzieś z oddali, z ciemności, przecież Ty nie możesz palić, tak wiem, nie będę, będę mniej, przecież wiesz.
w tej ciemności, cieple, zamkniętych powiekach mogę obiecać wszystko, i jak potem nie pamiętam, to Twoja wina, bo to do Ciebie mam słabość.

sobota, 23 stycznia 2010